Wiedźmin

Wiedźmin w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to spektakl, który wywoływał emocje jeszcze przed prapremierą na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Stworzenie dobrego musicalu na podstawie kilku opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, w których główną rolę odgrywa wiedźmin, Geralt z Rivii, wydawało się zadaniem arcytrudnym. Nawet dla Kościelniaka, który wcześniejszymi spektaklami udowodnił, że umie przekształcać polską literaturę na porywające widowiska musicalowe. Niemniej Wiedźmin został zrealizowany i od września można go oglądać w gdyńskim teatrze. Można, a co więcej, warto zobaczyć to przedstawienie, gdyż pokazuje ono, na jak wysokim poziomie mogą być realizowane autorskie, polskie musicale.

Afisz promujący spektakl. Materiał Teatru

Zdobycie biletu na to przedstawienie nie jest proste. Mamy listopad, a dostępne (jeszcze) w sprzedaży terminy obejmują spektakle zaplanowane na kwiecień, maj. Kilka dni temu gdyński teatr zapowiedział jednak dodatkową prezentację musicalu w marcu, więc gdyby moja recenzja przekonała kogoś do zobaczenia Wiedźmina, ma szansę uczynić to wczesną wiosną.

Tworząc musical Wojciech Kościelniak zdecydował się na współpracę ze sprawdzonym zespołem. Podobnie jak w przypadku Lalki czy Chłopów za muzykę skomponowaną na potrzeby najnowszego spektaklu odpowiada Piotr Dziubek, teksty wykonywanych w nim utworów są autorstwa Rafała Dziwisza, pomysł scenografii narodził się w wyobraźni Damiana Styrny. Panowie włożyli w musical opowiadający o losach Geralta z Rivii wiele serca i pracy, które poskutkowały stworzeniem na deskach gdyńskiego teatru fantastycznego świata, którym rządzi przeznaczenie. Jadąc do Gdyni zastanawiałam się, czy widowisko mnie nie rozczaruje? Wręcz przeciwnie. Wiedźmin umocnił moje przekonanie, że o polskich musicalach warto pisać.

Krzysztof Kowalski jako Geralt. Zdjęcie z archiwum Teatru

Wojciech Kościelniak przygotował adaptację opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, wybierając spośród setek stron tylko niektóre wątki i postacie, dzięki czemu jego przedstawienie prezentuje składną historię. Nie jest ona jednak zaprezentowana chronologicznie. Spotkanie Geralta z Yurgą i rany odniesione w walce ze zgnilcami doprowadzają głównego bohatera do majaczenia w gorączce. Kolejne wydarzenia z życia przypominane sobie w chorobie układają się w opowieść o sile, która splata los „Białego Wilka” z losem księżniczki Ciri. To relacja tej dwójki jest głównym wątkiem Wiedźmina. Reżyser spektaklu zadbał o komfort widzów, którzy nie znają prozy Andrzeja Sapkowskiego i następujące po sobie sceny, epizody z życia wiedźmina zapowiada poprzez wyświetlenie na kurtynie informacji, gdzie i kiedy rozgrywa się dany fragment historii. Jest to przydatny ale też interesujący zabieg w przypadku inscenizacji Wojciecha Kościelniaka, który w poprzednich spektaklach był wierny chronologii prezentowanej fabuły. Wiedźmin trwa ponad trzy godziny, jednak wolny jest od zbędnych zdarzeń.

Scena urodzin księżniczki Pavetty. Zdjęcie z archiwum Teatru

Piotr Dziubek skomponował na potrzeby tego przedstawienia dynamiczną, piękną muzykę. Kolejne takty przenoszą widzów do świata przesiąkniętego magią, tajemnicami i demonicznymi istotami, z jakimi walczy tytułowy bohater. Muzyka ma w sobie nutę słowiańskiej tradycji, nie jest jednak wolna od elementów jazzowych. W takt kolejnych melodii wykonywane są piosenki napisane przez Rafała Dziwisza. Każda z nich umożliwia poznanie charakteru postaci, która ją wykonuje, jak również jej losów. Najbardziej zapadającymi w pamięć są: „Dwanaście uderzeń zegara”, „Nie pamiętam”, a także „Dziki gon”. Niestety nawet w przypadku tych utworów nie można mówić o sytuacji, gdy po zakończeniu spektaklu i wyjściu z teatru, widzowie są w stanie zanucić którąś z nich. Za każdym razem, gdy przychodzi mi pisać o polskim musicalu, podkreślam jedno – język polski nie jest najdźwięczniejszym nośnikiem treści w widowisku muzycznym. Teksty Rafała Dziwisza – choć inteligentne – są tego ofiarą.

Katarzyna Wojasińska jako Yennefer. Zdjęcie z archiwum Teatru.

Obserwując sceniczne poczynania Wojciecha Kościelniaka, dostrzegłam zmianę w stylu scenografii przygotowanej na potrzeby Wiedźmina. Damian Styrna przyzwyczaił publiczność do minimalizmu wykorzystywanego w widowiskach Kościelniaka, w których pojawiały się już elementy projekcji. Jednak były to tylko dodatki do trójwymiarowych elementów. W najnowszym musicalu tradycyjna scenografia została ograniczona do niezbędnego minimum, funkcjonując na scenie w postaci drewnianej, ruchomej konstrukcji. Jest dopełnieniem, uzupełnieniem dla wirtualnych animacji, dzięki którym akcja przedstawienia może w ciągu kilku sekund przenieść się z dworu Królowej Calanthe do siedziby czarodziejki Yennefer czy Brokilońskiego Lasu. Projekcje świetnie sprawdzają się w scenach rzucania czarów. Tak silne poleganie na technologii i multimedialnym charakterze scenografii jest nowością w polskim teatrze muzycznym, którą akceptuję i jako widz „kupuję” bez mrugnięcia okiem.

Krzysztof Kowalski jako Geralt. Zdjęcie z archiwum Teatru

Wiedźmin jest musicalem, na który czekali fani Wojciecha Kościelniaka, a także czytelnicy uwielbiający opowiadania Andrzeja Sapkowskiego. Dlatego też oczy widzów zgromadzonych na widowni Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni skierowane są i skupione na aktorach odgrywających bohaterów znanych z kolejnych stron prozy. W roli Geralta z Rivii miałam okazję oglądać Krzysztofa Kowalskiego. Wiedźmin w jego wykonaniu to młody, dumny wojownik, nie pozbawiony emocji. Jego serdeczną, „ludzką” stronę widać zwłaszcza w kontaktach z Ciri. Porywczy lecz czuły kochanek Yennefer, przyjaciel barda Jaskra. Jeśli widzowie spodziewają się porywających scen walki na miecze w wykonaniu Kowalskiego, będą zawiedzeni (ja odrobinę byłam). Jednak osobowość wiedźmina została przez aktora oddana bardzo dobrze.

Jego przyjaciel – Jaskier – kreowany przez Pawła Czajkę to sympatyczna, momentami zabawnie nieporadna postać. Narrator prezentowanej historii śpiewa w tym musicalu najwięcej, od pierwszych chwil zdobywając sympatię i uwagę widzów. Paweł Czajka nadał tej postaci lekkości i zadziornego charakteru.

Piękna i utalentowana Katarzyna Wojasińska wciela się w postać czarodziejki Yennefer. Aktorka obdarzyła swoją postać siłą, dumą, magnetyczną seksualnością, nie pozbawioną jednak granic dobrego smaku. Do tego na gdyńskiej scenie czarodziejka dostała piękny głos aktorki, która oczarowuje widzów.

Ogromny ciężar spoczywa na młodych odtwórczyniach roli Ciri. Na scenie miałam okazję widzieć Polę Król. Młoda aktorka doskonale poradziła sobie z rolą doświadczanej przez przeznaczenie księżniczki, partnerując dorosłym artystom grą na wysokim poziomie.

Renia Gosławska jako Płotka. Zdjęcie z archiwum Teatru

Najciekawszym aktorsko zabiegiem jest według mnie przedstawienie klaczy wiedźmina – Płotki. W rolę zwierzęcia wciela się bowiem aktorka, co wzbudza zdumienie części publiczności (polecam skupić się na słowach wypowiadanych przez Geralta, ponieważ bohater wyjaśnia, kim jest smukła dziewczyna u jego boku). Renia Gosławska, którą miałam okazję oglądać na scenie bawi się przypisanymi jej zadaniami aktorskimi, polega na gestach, pomrukach. Kolejne Płotki, w które się wciela, są różne, co podkreśla nie tylko kolor grzyw przywdziewanych przez aktorkę. Od infantylnych, po agresywne – wszystkie Płotki w wykonaniu Gosławskiej są doskonałe.

Wszyscy odtwórcy głównych ról w musicalu. Materiał Teatru

W Wiedźminie wyreżyserowanym przez Wojciecha Kościelniaka pojawia się wiele postaci, kreowanych przez utalentowanych artystów. Nie ma w tym musicalu słabego utworu czy roli. Ich ocena zależy od gustu każdego z widzów, ponieważ każdy z nich skupia się na różnych elementach. Najmniej przemyślanym fragmentem jest „Ballada o umarłych”. Piękny utwór prezentowany jest na tle… stereotypowo przedstawionych czarodziejów w spiczastych czapkach, jeżdżących po scenie na hoverboardach. Gdyby chociaż szaty magów były dłuższe i zakrywały koła pojazdów! Niestety nie są. Bez wątpienia takie rozwiązanie wzbudza zainteresowanie najmłodszej części widowni, aczkolwiek nie pasuje do całej estetyki Wiedźmina i mnie wydało się odrobinę żenujące.

Wojciech Kościelniak w Wiedźminie po raz kolejny odnosi sukces. Udowadnia, że polska literatura przy odpowiednio przygotowanej adaptacji potrafi obronić się na scenie teatru, pod postacią wymagającego widowiska musicalowego. Piosenki równoważne z dialogami, muzyka, scenografia, piękne układy choreograficzne (a także wykorzystanie akrobatów/linoskoczków), symboliczne kostiumy przenoszą publiczność zgromadzoną na widowni do świata, w którym panuje przeznaczenie. Jest to miejsce, w którym raz dane słowo ważne jest przez wieczność, gdzie miłość i nienawiść są równoważne, a przyjaźń nie wygasa. Warto wybrać się do Gdyni, by w tamtejszym Teatrze Muzycznym doświadczyć magii, nie tylko teatru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *