Sekretne życie Friedmanów

Prezentacja spektakli zaproszonych do udziału w XXIV Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi zakończyła się dwa tygodnie temu. Sympatycy oraz wielbiciele tego wydarzenia muszą uzbroić się w cierpliwość, ponieważ kolejna edycja Festiwalu dopiero za rok. Emocje związane z obejrzanymi spektaklami opadają, ja zaś dopiero dziś mam czas, by podzielić się z Wami relacją z przedstawienia Sekretne życie Friedmanów, wyreżyserowanego przez Marcina Wierzchowskiego i na co dzień prezentowanego w Teatrze Ludowym w Krakowie.

Piotr Franasowicz (Jesse) w scenie ze spektaklu. Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Spektakl prezentowany był podczas łódzkiego Festiwalu dwukrotnie. Jego formuła nie pozwoliła na zaprezentowanie utworu dużej ilości widzów. Co takiego wpływało na sposób odbioru przedstawienia? Fakt, że jego akcja rozgrywała się w kilku miejscach. Przestrzenie te stworzono w różnych zakątkach Teatru Powszechnego, nie tylko na scenie. Bohaterowie spektaklu przemieszczali się, wraz z nimi podróż przez historię rodziny Friedmanów odbywała publiczność. W każdej z krakowskich prezentacji utworu bierze udział trzydziestu widzów, podczas łódzkich występów było ich dwukrotnie więcej. Nie ułatwiało to poruszania się po kolejnych pomieszczeniach zaanektowanych na miejsca rozgrywanych wydarzeń. Widzowie zostali wyrwani ze strefy komfortu, musieli dzielić między sobą niewielką przestrzeń, jaką pozostawiano do ich dyspozycji. Publiczność siadała na wszystkich możliwych miejscach, nie zawsze od razu kojarzonych z takim przeznaczeniem. Podłogi, komody, poręcze foteli – każda płaska powierzchnia, na której możliwe było oglądanie rozgrywającej się akcji, była w tym spektaklu na wagę złota. Bliskość pomiędzy widzami a także fakt, że działania aktorskie rozgrywały się tuż przy publiczności sprawiały, że Sekretne życie Friedmanów bardzo angażował widzów.

Na pierwszym planie Piotr Pilitowski (Arnold Friedman). Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Jaka historia przedstawiona została w tym spektaklu? Były nią losy amerykańskiej rodziny, małżeństwa oraz trójki ich synów. Akcja rozpoczęła się w połowie lat osiemdziesiątych. Początkowo nic nie zapowiadało nadciągającej burzy. Arnold Friedman (dobra rola Piotra Pilitowskiego) był emerytowanym nauczycielem, który w piwnicy swojego domu prowadził kursy komputerowe dla dzieci. Miał świetne opinie, uczniowie chętnie korzystali z jego umiejętności pedagogicznych. Sąsiedzi uważali go za porządnego człowieka. Mimo to pewnego razu pracownicy poczty przechwycili adresowaną do niego paczkę z Holandii, w której znajdował się magazyn zawierający  pornograficzne zdjęcia chłopców. Śledztwo wskazało, że Arnold oraz jego syn Jesse (Piotr Franasowicz) dopuścili się  molestowania nieletnich. Publiczne oskarżenia i zatrzymanie obu mężczyzn na czas dochodzenia odbiły się na relacjach rodzinnych, na postrzeganiu pozostałych Friedmanów jako bestii. Bracia trzymali stronę ojca, starali się mu pomóc, przez co ich kontakty z matką uległy pogorszeniu. Widzowie przez blisko trzy godziny obserwowali wydarzenia związane z procesem, z psychicznym wyniszczaniem nie tylko oskarżonych ale również ich najbliższych.

Małgorzata Kochan (Elaine) i Piotr Pilitowski (Arnold). Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Fabuła Sekretnego życia Friedmanów oparta jest na prawdziwych wydarzeniach oraz na filmie Capturing the Friedmans, autorstwa Andrew Jareckiego. Produkcja była nominowana do Oskara, wzbudzając w 2003 roku medialną burzę w Stanach Zjednoczonych. Choć sprawa dotycząca oskarżenia o molestowanie i pedofilię odbija się na rodzinie Friedmanów do dziś, Marcin Wierzchowski tak skonstruował akcję swojego spektaklu, by widzom oglądającym przedstawienie trudno było uwierzyć w stawiane obu mężczyznom zarzuty. Obsada zaangażowana do tego projektu bardzo dobrze wypadła w przypisanych im rolach. Nie do końca przekonała mnie Małgorzata Kochan, wcielająca się w rolę Elaine Friedman, zwłaszcza w scenach kłótni z synami. Bohater Piotra Franasowicza tracący z każdą chwilą młodzieńczą radość życia wzbudził moje autentyczne współczucie. Jednak najbardziej zapadającą w pamięć sceną był moment monologu po przyznaniu się do winy, jaki wygłosił bohater Piotra Pilitowskiego. Przytłoczony całym swoim życiem mężczyzna słabł na oczach zgromadzonych widzów.

Piotr Franasowicz (Jesse). Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Każde z miejsc, w których rozgrywała się akcja spektaklu, naznaczone było atmosferą dawnego życia Friedmanów. Osobiste rzeczy synów, dyplomy dedykowane Arnoldowi za jego zasługi, bibeloty wskazujące na moment historyczny, w jakim działy się przedstawione wydarzenia… Starano się odtworzyć realne pomieszczenia, w miarę możliwości przestrzennych Teatru Powszechnego w Łodzi.

Spektakl Sekretne życie Friedmanów w swojej niecodziennej formule przyciągnął do teatru wielbicieli sztuki angażującej, wymagającej uwagi ale także otwartości na niecodzienne pomysły. Część widzów mogła czuć się zmęczona ciągłym przemieszczaniem się po budynku Teatru Powszechnego, jednak dzięki temu udało się uniknąć znudzenia opowiadaną historią. Finał przedstawienia nie przyniósł odpowiedzi na pytanie, czy Arnold i Jesse faktycznie byli winni, czy też padli ofiarą histerii i medialnej nagonki? Każdy z widzów mógł przyjąć własny punkt widzenia. Bez wątpienia przedstawienie to wzbudziło wiele emocji, we mnie również.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *