Przebudzenie wiosny

13 lipca w Domu Literatury w Łodzi można było zobaczyć drugi konkursowy spektakl biorący udział w XVIII Przeglądzie Małych Form Teatralnych. Czy ktoś z czytających ten tekst był we wnętrzu tego dawnego domu kultury? 

Sala, w której odbywają się pokazy konkursowych spektakli, kojarzyła mi się z wnętrzami przedwojennych klubokawiarni, w których poza wysłuchaniem koncertu czy obejrzeniem spektaklu, widzowie mogli napić się czegoś mocniejszego i zjeść kolację w nietypowej oprawie.

 
Dom Literatury nie posiada sceny przystosowanej typowo do potrzeb widowisk teatralnych, więc warunków, jakie tam panują, nie należy oceniać zbyt surowo. Średnia wieku zgromadzonych na przedstawieniu gości wynosiła „na oko” 70 lat (choć badań statystycznych nie prowadziłam), tym bardziej interesowało mnie, jak widownia przyjmie dość kontrowersyjny tekst? Z tego, co udało mi się zaobserwować, nie wszyscy byli zachwyceni, jednak nikt nie wyszedł w trakcie trwania przedstawienia.
 
Tekst „Przebudzenie się wiosny. Tragedia dziecięca” Franka Wedekinda ukazał się w 1891 roku i na wiele lat został okrzyknięty tekstem niemoralnym. Przez jakiś czas jego wystawianie było w Niemczech zakazane, z czasem zaczęto sięgać po ten dramat, jednak mimo upływu lat i jego obecności na zachodnich scenach, w polskim teatrze tytuł spotyka się rzadko. Wielka szkoda, ponieważ tekst ma uniwersalne przesłanie, dające się odczytać na każdej szerokości geograficznej.
 
 
 
Nastoletnim bohaterom tragedii przyszło dorastać w zamkniętym, ściśle przestrzegającym konwenansów społeczeństwie. Czytając tekst zastanawiałam się, czy jest to w pełni słuszna myśl? Z dużej ilości scen opisanych przez autora wypływa fałsz i zakłamanie dorosłych. Z dojrzewającymi dziećmi nikt nie rozmawia „na poważnie”, pozostawiając je z ich narastającymi problemami, niepewnością. Zmiany zachodzące w psychice oraz ciele bohaterów są dla ich rodziców i nauczycieli niewygodne, do tego stopnia, że rozmowy natury edukacyjnej nie mają miejsca.
 
Śmielsi w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ich kwestie są chłopcy, którzy odnajdują informacje w encyklopediach i słownikach, obserwują zachowania zwierząt. Dziewczęta wychowywane w niewiedzy, tłumaczonej troską o czystość ich myśli i dusz pozostawiane są na pastwę własnych odczuć. Aż do ślubu przyjdzie im wierzyć, że dzieci biorą się wyłącznie z czystości uczucia pomiędzy zaślubionymi sobie małżonkami (lub co gorsze, że przynosi je bocian).
 
 
Jednak „Przebudzenie wiosny” to nie tylko historia o krzywdach, do jakich wśród nastolatków może doprowadzić brak wiedzy i edukacji seksualnej. W tekście dramatu odnaleźć można rozważania na temat kondycji ludzkiej natury, pytania o znaczenie moralności, wstydu, rolę wiary w życiu każdego człowieka, sens życia. Oczywiście można przyjąć, że są to tematy za trudne dla młodzieży. Można wszystko, pytanie, czy warto?
 
Teatr Nowe Przestrzenie ze swoją inscenizacją „Przebudzenia wiosny” był drugą konkursową propozycją, którą mieli szansę obejrzeć zgromadzeni w Domu Literatury widzowie. Zespół z Krakowa podszedł do tekstu Wedekinda bardzo autorsko i aktorsko. Czwórka artystów wcielająca się w jedenaście postaci (chyba żadnej nie pominęłam?) musiała wykazać się szybkością i płynnością ruchu (zwłaszcza w momentach zmiany kostiumów). Nie było to proste, ponieważ aktorzy byli przypięci do zwisających nad sceną lin, przez co wyglądali jak marionetki. Twórcy spektaklu podkreślają, że jest to zabieg mający na celu umożliwienie zachowania dystansu do przedstawianej historii. 
Odczytałam to inaczej. Dorastające dzieci żyjące w konserwatywnym społeczeństwie stają się zabawkami w rękach dorosłych. Ci zaś swoimi nakazami, zakazami, groźbami, brutalną siłą wpajają młodym wyłącznie treści wybrane przez siebie, nie wymagające tłumaczenia. Nad nieświadomymi łatwiej panować, prawda?
 
 
 
Przykro mi to stwierdzić, jednak momentami miałam wrażenie, że czwórka aktorów nie grała w pełni przemyślanie. W scenach, kiedy trzeba było pokazać młodzieńcze rozedrganie, nerwy napięte przez niemożność wypowiedzenia własnych myśli, nie wszystkie gesty wydały mi się potrzebne. Konwulsyjnie wijący się na scenie odtwórcy ról Melchiora oraz Maurycego nie przekonali mnie w stu procentach. Jednak utrzymanie równego tempa spektaklu, nie gubienie się w kolejnych scenach wskazuje na umiejętności zespołu, który jak powtórzę – miał do zagrania wiele, różnorodnych postaci. Dlatego mimo drobnych zarzutów, które mogę mieć do gry aktorów, cały spektakl wart jest obejrzenia.
 
Największą uwagę zwróciłam na Szymona Grzybka, ponieważ wcielał się w moją ulubioną postać – w Melchiora. Kiedy dzień przed obejrzeniem przedstawienia czytałam tekst dramatu postać ta wzbudziła moją sympatię, chłopak kierował się rozumem, dążąc do logicznego uszeregowania wszystkich otaczających go spraw. Nie jego winą były tragedie, o jakie go oskarżano, a które mogły się nie wydarzyć, gdyby tylko dorośli rozmawiali ze swoimi dorastającymi dziećmi. Szymon Grzybek sprawdził się w tej roli. 
 
 
 
 
Scenę od widowni oddzielała zasłona z delikatnego, czarnego materiału. Widzowie byli w stanie dostrzec przez nią wszystkie szczegóły, nadal będąc dalekimi od rozgrywających się na scenie tragedii. Minimalistyczna scenografia, która dopełniała grę aktorów sprawdziła się na małej scenie Domu Literatury, zaś jej ciemne barwy podkreślały surowość oraz niejednokrotnie prymitywność świata, w którym przyszło żyć bohaterom.
 
Na uwagę zasługiwała muzyka podkreślająca rozgrywające się na scenie wydarzenia. Od melodii okraszających beztroską zabawę, pochodzących prawie ze snu, do brutalnych i głośnych dźwięków zwiastujących nadciągającą katastrofę. Widzowie oglądający spektakl nie mogli cieszyć się stabilnością. Bardzo dobrze! Stagnacja nie jest lubiana w teatrze.
 
Brak komunikacji między pokoleniami nie jest wytworem współczesnego świata. Istnieje od zawsze, prawdopodobnie nigdy nie zniknie. Nieporozumienia, patrzenie na świat z różnych perspektyw nie musi od razu okazać się tragiczne. Problemy pojawiają się, kiedy pokolenia nie umieją ze sobą rozmawiać. W przypadku bohaterów „Przebudzenia wiosny” porażkę odnieśli dorośli, których (niestety!) lata wcześniej zawiedli ich rodzice. Smutna historia zatoczyła koło. Podjęcie się tego smutnego tematu świadczy o odwadze Teatru Nowe Przestrzenie, warto obserwować ich dalsze poczynania.
 


 
 
„Przebudzenie wiosny”
Reżyser: Dariusz Szymor
Scenografia: Natalia Kucia – Szymor
Muzyka: Igi, zespół Ez3kiel
ObsadaSzymon Grzybek, 

Aleksandra Kowalczyk, 
Marcelina Bożek,
Łukasz Dąbrowski
 
Zdjęcia opublikowane w poście pochodzą ze zbiorów Teatru Nowe Przestrzenie z Krakowa. Dziękuję za ich udostępnienie Panu Dariuszowi Szymorowi.
 
Blog o teatrze – recenzje spektakli, relacje z festiwali teatralnych

4 Replies to “Przebudzenie wiosny”

  1. Mam nadzieję, że pomimo odwagi i kontrowersji – ten komentarz zostanie opublikowany przez Autorkę blogu.
    W tekście pojawiają się liczne błędy językowe: frazeologiczne i leksykalne (podaję jedynie pierwsze przykłady z recenzji: "były" dom kultury, nie "dawny", w pierwszym i drugim zdaniu powtórzono frazę: "spektakl konkursowy", "sala odsyła skojarzeniami do", nie "przywodzi na myśl", jeszcze tylko z trzeciego zdania: klubokawiarnia, nie "klubo-kawiarnia"). Szkoda, że w każdej linijce można odnaleźć kilka nieporadności.
    Niestety, należy odnotować także błędy rzeczowe, logiczne. Nie sposób pominąć również fakt pewnej nierzetelności warsztatowej recenzenta.
    Na jakiej podstawie oceniono średnią wieku widzów? I co to ma do rzeczy?
    Z czyjej perspektywy pod koniec XIX wieku tekst Wedekinda określono, jako "niemoralny"? (Z czyjej perspektywy mówimy dziś o "kontrowersyjności" "Romantyczności" Mickiewicza)?
    "Przebudzenie się wiosny – tragedia dziecięca" – tak brzmi tytuł polskiego tłumaczenia. Spektakl zaś zatytułowany jest "Przebudzenie wiosny". Nie ma więc mowy o "innym tytule" nawet nie dzieła, lecz tłumaczenia.
    Skąd wiedza na temat rzekomego zakazu wystawiania tego dramatu w Niemczech, skoro został on wydrukowany w Szwajcarii (Wedekind w okresie publikowania tego tekstu związany był ze Szwajcarią).
    "Wielka szkoda, ponieważ tekst ma uniwersalne przesłanie, dające się odczytać na każdej szerokości geograficznej". Nie chce mi się wierzyć, że tego typu zdanie wychodzi spod klawiatury absolwenta teatrologii. (Proszę zaprezentować ten spektakl Japończykom, Papuasom, Aborygenom, Hindusom).
    Proszę wymienić jedenaście postaci, w które wcielili się aktorzy. (Podważam tym samym stwierdzenie o dynamizmie metamorfozy ról. Może i w dramacie występuje tylu bohaterów, ale czy tekst nie został skrócony? Mam wrażenie, że tak).
    Muzyka – ilustracyjna – często wręcz natrętnie tautologiczna. Poczucie zagrożenia "potęgowano" dźwiękiem. Trudno mówić więc o "zaskoczeniu" i "braku stagnacji". Należałoby wręcz przeciwnie – wspomnieć o "znudzeniu", "zmęczeniu" i "nieporadności reżyserskiej". (Proszę zwrócić uwagę na efekt osiągany w III części (Lento) "Sonaty b-moll" Chopina. Ten przesławny "Marsz pogrzebowy" brzmi tak tragicznie ze względu na zestawienie funeralnej muzyki marszowej z ludycznym motywem kołysanki. Więc nie "idem per idem").
    Zmiana kostiumu nie była aż tak skomplikowana ("liny" kończyły się tak zwanymi karabińczykami. Odpięcie ich od ubrania trwa mniej niż trzy sekundy).
    Proszę również nie generalizować, że w epoce Wedekinda dziewczynki miały myśleć, iż dzieci zapładniane są dzięki małżeństwu. Właśnie w tym miejscu należałoby się popisać interpretacją całości dramatu: dzieci z określonych grup społecznych różnie przeżywają swoją cielesność (Wenda, Moritz, Melchior). Chodzi więc o pewien – popełniam anachronizm – "kapitał kulturowy". I to jest ta powierzchnia tekstu. Głębię natomiast da się odczytać po wyostrzeniu wzroku: należałoby po prostu zrozumieć wielość aspektów poruszanych przez Wedekinda – od drwiny z ówczesnej tradycji literackiej przez opowiedzenie się za konkretną wizją/formą dramatu do komentarza rzeczywistości. To nie jest opowieść po prostu o braku edukacji seksualnej dzieci. No cóż, czerwony kolor w palecie barw rzuca się w oczy najszybciej.

  2. "Dom Literatury nie posiada sceny przystosowanej typowo do potrzeb widowisk teatralnych, więc warunków, jakie tam panują, nie należy oceniać zbyt surowo".
    Jak to się ma do jakości oglądanego tam spektaklu? I co to znaczy "typowo do potrzeb widowisk teatralnych"? Z mojej wiedzy wynika, że można na tej scenie obejrzeć spektakle w różnych konfiguracjach przestrzeni, a prezentowane tam dzieła często muszą adoptować się do "warunków, jakie tam panują" – tyle, że kłopot polega na nadmiernej ilości sprzętu, w stosunku do tego, czym teatry dysponują u siebie… Ciekawe też, co dla Autorki oznacza termin "potrzeby teatralne", bo jeśli tej sceny nie można "ocenić zbyt surowo", to jak pobłażliwie należałoby traktować teatr Grotowskiego, czy – patrząc na współczesne, łódzkie podwórko – Teatr Chorea 😀
    Mam też pytanie o sens (i metodologię badawczą)tak precyzyjnego określania średniej wieku na widowni. Na poprzednim wieczorze "Letniej Sceny" był chłopiec lat 10 i pan lat 90. Można więc założyć, że średnia wieku na sali była bliska 50 – tylko po co?
    Nie wiem, co "kontrowersyjnego" można obecnie znaleźć w tekście sprzed 125 lat, napisanego, jako satyra społeczna, wystawiona zresztą w kabarecie, z którym Wedekind był związany? (Przypuszczam, że dla szwajcarskiego zresztą, nie niemieckiego, gdyż autor pracował wówczas dla producenta Maggi…)
    "tekst ma uniwersalne przesłanie, dające się odczytać na każdej szerokości geograficznej" – nawet trudno to skomentować bez epitetów ad personam. Nie można jednak obwiniać ucznia za błędy nauczyciela, a w końcu tytuły naukowe pracowników łódzkiej "teatrologii" – poza kilkoma szacownymi wiekowo wyjątkami – można śmiało wziąć w nawias. Ten sam, poza który de facto cały ów kierunek został z Wydziału Filologii wyrzucony.
    Spektakl można oceniać wielorako, de gustibus non est disputandum. Trudno jednak nie zauważyć ubóstwa środków, drewnianego aktorstwa i męczącego (na przemian wrzaskliwego i "przydechowego)" podawania tekstu. Nie nazwę tego interpretacją. Nie ma też w sposobie gry odniesienia do figury "aktora – marionetki", a sznurek przypięty do spodni nie załatwia wszystkiego. Nie załatwia nic zgoła.
    Znalezienie i przeczytanie w sieci tekstu, który krakowski teatr przysposobił na swoją miarę, nie nastręcza trudności. Jednak – jak można było zobaczyć – czytanie ze zrozumieniem jest trudną sztuką. Na podstawie dobrego tekstu – choć przecież nie na miarę "Czarownic z Salem" – powstało bowiem przedstawienie (staram się wykazać dobrą wolę) przeciętne, jakaś mieszanka kolorów (z przewagą czerni), muzyki (z przewagą muzyczki)i gry aktorskiej rodem z teatru fizycznego. Tymczasem historia byłaby naprawdę wstrząsająca, gdyby zagrać ją lekko i w jasnych tonacjach. Najbardziej przejmujące tragedie rzadko wrzeszczą. Częściej nucą pod nosem: "Innego końa świata nie będzie"…

  3. Bardzo miło mi powitać tak elokwentnego komentatora 🙂 To prawie cud, że wśród tylu dostępnych blogów i stron wybrał/a Pan/Pani właśnie "cwaniarę". Odwagę i kontrowersję doceniam, dlatego liczę na kolejne w podobnym tonie. Odnosząc się do zarzutów nieporadności językowej, z niektórymi się zgodzę, inne – ośmielę się stwierdzić – są wynikiem różnic stylistycznych – co zauważyłam czytając obszerny komentarz. Ma Pan/Pani praktykę w pisaniu i wyrażaniu opinii. Co do postaci-policzyłam je, na scenie występuje dziewięć istotnych dla treści sztuki person, trzy są epizodyczne ale również pojawiają się. W tekście dramatu jest ich więcej – proszę sprawdzić. Odnosząc się do myśli, że skupiam się tylko na jednej płaszczyźnie interpretacyjnej, muszę stwierdzić, że ona najbardziej mnie uderzyła. Nie tylko ze względu na swoją "czerwoną barwę"(swoją drogą, nie znoszę tego koloru). Jednak rubryka "komentarze" nie jest od tego, abym tłumaczyła, dlaczego wybrałam taki a nie inny punkt widzenia, byłoby to po prostu za długie. Może napiszę o tym odrębny post? Mam wrażenie, że wysnute przez Pana/Panią myśli są wynikiem innej optyki użytej podczas oglądania inscenizacji i czytania tekstu dramatu. Mogą mieć również podłoże w Pani/Pana wieku i doświadczeniu recenzenckim. Piękny styl pisania, mam nadzieję, że kiedyś sama taki osiągnę! Na zakończenie napiszę, że mój styl i opinie o spektaklach pozwoliły mi ukończyć ceniony (podobno) kierunek studiów. Czyżby oceniający mnie profesorowie i doktorzy mylili się?
    Czekam na Pani/Pana dalsze komentarze i dziękuję za poświęcenie kilku chwil na przeczytanie tego posta 🙂

  4. Halo, tu ziemia do anonimowego. Masz za duże ego , czy coś innego za małe, może nabądź większy samochód lub idź na dziwki to trochę Ci ciśnienie zejdzie. Sądzę , że mama oraz zapewne bardzo znamienita uczelnia tłumaczyły , że ładnie jest się przedstawić. Krytyka – bardzo dobrze , super , być może należy jej się, ale jako Ktoś , a nie anonimowy mądrala. Przecież widzisz , że dziewczyna raczkuje, więc wrzuć na luz – jeśli rozumiesz.
    Poza tym wątpię , że akurat Ty wiesz co poeta miał na myśli w tekście sprzed 125 lat. Może warto spróbować odsłonić nieco klapki z oczu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *