K.

Przed rozpoczęciem spektaklu K. w Teatrze Polskim w Poznaniu widzowie dowiadują się, że akcja przedstawienia rozgrywa się w październikowy wieczór, podczas wyborów parlamentarnych w 2019 roku. Informacje te płyną ze sceny, na której pośród wielu mebli i przedmiotów znajduje się fragment ściany. Wyświetlany na niej napis uświadamia gromadzącą się na widowni publiczność, jakie wydarzenie będzie stanowić tło do opowiadanej historii. Wybiegamy w przyszłość, jednak ciągle tkwimy w przeszłości. W dodatku dla młodych ludzi – zamierzchłej.

K. rozpoczyna się kabaretowo. Postać stojąca przed publicznością z każdym słowem coraz bardziej przypomina najsłynniejszego polskiego prezesa, rozpamiętującego koszmar senny. Kilka wzmianek o wzroście, bracie bliźniaku, miauczącym kocie powoduje, że publiczność śmieje się kpiarsko. Pod koniec spektaklu już nikt nie drwi, nie ma z czego. Chyba, że z nas samych, z narodu którego wyobraźnię i każdą wolną chwilę wypełnia polityka. Idąc do Teatru Polskiego na K. decydujecie się spędzić kolejne kilka godzin właśnie z nią – z polityką. Oraz z jej najgorliwszymi wyznawcami.

Matka Prezesów (Barbara Krasińska) i K. (Marcin Czarnik). Fot. Magda Hueckel

Tytułowy K., bohater stworzony przez Pawła Demirskiego na podstawie politycznego wizerunku Jarosława Kaczyńskiego, w przedstawieniu wygląda sympatycznie, momentami wręcz czarująco. To ubrany w dopasowany garnitur szczupły mężczyzna.Może trochę zbyt nerwowy i rozedrgany, zbyt często poprawiający grzywkę. Ma dobre maniery ale czy faktycznie jest bez skazy? Z każdą minutą jego obecności na scenie widzowie mają okazje dostrzec coraz więcej szczegółów wskazujących na charakter mężczyzny. Marcin Czarnik wcielając się w rolę K. buduje na scenie postać o dwóch twarzach, prezentowanych w zależności od sytuacji i potrzeby. Troskliwy i posłuszny wobec Matki Prezesów, cynicznie obojętny względem Anonymus i Powiatowej, zimny i opanowany w kontaktach z partyjnymi współpracownikami. Tylko Donald wyprowadza go z równowagi, ponieważ jest zdolny zabrać K. jego ulubioną zabawkę.

Donald (Jacek Poniedziałek) i K. (Marcin Czarnik). Fot. Magda Hueckel

Donald (w tej roli Jacek Poniedziałek) to wieczny student. Wsparcie partii podczas wyborów i powrót do Polski to dla niego wybryki, kolejny żart, który miał być tylko działaniem dla rozrywki. Jest przerażony ogromem pracy, jaki mógłby spaść na PO gdyby partia faktycznie wygrała wybory. Elegancki, noszący modne koszule, pewny siebie mężczyzna opowiada, jak z boku obserwował K. i dostrzegał czające się w nim zagrożenie. Donald od lat obecny na scenie politycznej trwa niewzruszony, bez względu od sytuacji w jakiej znajduje się promująca go partia. Nic go nie dziwi, nic nie wzrusza (poza nim samym). Ze stabilnej pozycji przygląda się sytuacji, jaką zgotowali sobie obywatele Rzeczypospolitej. Do kogo powinni mieć pretensje? Oczywiście, że do siebie nawzajem.

Duch Unii Wolności (Joanna Drozda). Fot. Magda Hueckel

Pomiędzy dwoma oponentami znajduje się Partia Clownów reprezentowana na scenie przez Jakuba Papugę. Jej lider popularność zbudował na wyśmiewaniu poważnej polityki, „dla beki”  startując w wyborach. Bohater kreowany przez Papugę jest jednak słaby, początkowy sukces obraca się przeciwko niemu, mężczyzna zmuszony jest szukać stabilnych przyjaciół, których nie znajduje. Nie liczą się bowiem półśrodki ani nowe twarze na tej politycznej arenie. Od lat wybór możliwy jest wyłącznie pomiędzy dwiema opcjami.

Spektakl wyreżyserowany przez Monikę Strzępkę pełen jest zgnilizny. Politycznej – prezentowanej przez przypominającego zombie Ducha Unii Wolności (w tej roli Joanna Drozda) ze skórą pokrytą pleśnią, przechadzającą się po scenie mimo dziury w potylicy, jak również wypełniony śmierdzącymi wspomnieniami o sytuacjach i ludziach, które dawno powinny zostać pogrzebane. Dlaczego? Ponieważ w oczach młodych wyborców nic już nie znaczą, nie mają żadnego sensu, jednak w dalszym ciągu wpływają na polską rzeczywistość.

Przestrzeń sceniczna bywa na przemian studiem telewizyjnym, mieszkaniem na warszawskim Żoliborzu, siedzibami sztabów wyborczych. Akcja K. rozgrywa się w Polsce. Gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, wystarczy uważnie przyjrzeć się pozostałym postaciom występującym w spektaklu. Na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu pojawiają się bowiem bohaterowie, jakich obserwujemy na co dzień. Przedstawiciele PiS oraz PO, niezadowoleni z obecnej sytuacji w Polsce obywatele, jak również pogrążeni w letargu młodzi ludzie spędzający dzień z Netflixem. Polityka w tym kraju jest wszędzie, codzienność wydaje się być obciążona wizerunkami uśmiechających się polityków. Czy kogoś w tym kraju omijają przepychanki pomiędzy lewicą a prawicą? Prawdopodobnie nie.

Anonymus (Monika Roszko) i Jastrząb Prezesów (Piotr Kaźmierczak). Fot. Magda Hueckel

Naród, suweren idący do urn wyborczych, w przedstawieniu Strzępki jest słaby i bezmyślny. Widmo zamieszek, wojny domowej, którą mogą zapoczątkować wyniki wyborów parlamentarnych, pojawia się w spektaklu kilkakrotnie. Wzmianki o ofiarach, o potyczkach ze służbami porządkowymi padają z ust polityków. Oczyszczającą moc utoczonej krwi podkreśla również K., patrzący znad filiżanki herbaty na szalejącego na scenie Jastrzębia Prezesów (kreuje go Piotr Kaźmierczak), skąpanego w posoce nieposłusznych obywateli, którzy mają do K. pretensje, choć sami obsadzili mężczyznę na szczycie politycznej piramidy.

Najmniej przekonujący w tym spektaklu jest właśnie naród. Reprezentowany zarówno przez Powiatową (w tej roli Barbara Prokopowicz), jak i przez Anonymus (Monika Roszko). Pierwsza snuje się po scenie, szukając kozła ofiarnego, na którego mogłaby zrzucić swoją nieporadność i fakt, że jej życie to pasmo klęsk. Nie trafiły do mnie również wystudiowane, brzmiące bardzo sztucznie kontrolowane krzyki i podnoszenie głosu. Powiatowa miała dość nędzy swojego życia, ja natomiast postaci Powiatowej. Anonymus zamknięta w pokoju, zajęta oglądaniem seriali i przeszukiwaniem Internetu wydała się być oderwana od rzeczywistości. Starając się zapomnieć o polityce nie zdawała sobie sprawy z faktu, że polityka nie zapomina o niej. Jej bunt był zbyt dziecinny, chowanie się pod kołdrą – rozczulająco naiwne.

K. (Marcin Czarnik). Fot. Magda Hueckel

K. to spektakl poruszający dzięki swej aktualności. Przedstawienie udowadnia, że nic tak nie wypełnia wyobraźni Polaków jak sylwetki politycznych oponentów i ich przepychanki. Postać Jarosława Kaczyńskiego niezmiennie wpływa na nas wszystkich. Wielbiciele teatru słysząc informacje o kolejnych próbach zmian repertuarów, o spektakularnych modyfikacjach na stanowiskach dyrektorskich polskich scen najczęściej łączą je z programem politycznym Prawa i Sprawiedliwości, czyli finalnie – z Jarosławem Kaczyńskim. Protesty kobiet, czarne marsze oraz reakcje Kościoła prędzej czy później zaczynają łączyć się z myśleniem o tym człowieku. Kaczyński jest wszędzie, obecny nawet przy posiłku w części polskich domów, w których ogląda się telewizje przy wspólnym obiedzie. Pojawia się również w teatrze, w przedstawieniu które nie próbuje go atakować. Osoby, które oczekiwałyby po K. ostrej krytyki zarówno najsłynniejszego polskiego bliźniaka, jak i pozostałych aktorów sceny politycznej RP będą zawiedzione. W tym spektaklu oceniony zostaje tylko naród. Podzielony, walczący ze sobą, dostrzegający swoje błędy gdy jest już za późno na ich naprawienie. Dla Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego K. to tylko manipulator, smutny człowiek sterujący wielką polityką z mieszkania na Żoliborzu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *